Czy bycie „tu i teraz” może uruchamiać reakcję traumatyczną
„Bądź tu i teraz”. „Wróć do chwili obecnej”. „Zauważ, co dzieje się właśnie w tym momencie”.
To jedne z najczęściej powtarzanych wskazówek w duchowości, medytacji i wielu współczesnych podejściach do pracy ze sobą. Być może znasz Potęgę teraźniejszości Eckharta Tolle’a. Być może spotkałaś się z praktykami uważności mindfulness, vipassaną, zen, pracą z ciałem czy różnymi formami somatycznego doświadczania.
W psychoterapii Gestalt, której uczę się obecnie w ramach czteroletniej szkoły psychoterapii, kontakt z tym, co dzieje się tu i teraz, jest jednym z fundamentów pracy. Zwracamy uwagę na to, co dzieje się w danym momencie – w relacji, w emocjach, w myślach, ale również w ciele. To właśnie aktualne doświadczenie może stać się drogą do zauważenia czegoś, co wcześniej pozostawało poza świadomością.
I właśnie dlatego zainteresowało mnie pytanie, które na pierwszy rzut oka może wydawać się paradoksalne:
A co, jeśli dla niektórych osób wejście w „tu i teraz” wcale nie oznacza ulgi?
Co więcej – co, jeśli właśnie chwila obecna może uruchamiać reakcję traumatyczną?
Kiedy teraźniejszość nie kojarzy się z bezpieczeństwem
Bycie w chwili obecnej może pomagać wyjść z bolesnych scenariuszy przeszłości i lękowych scenariuszy przyszłości. Kiedy przestajemy odtwarzać w głowie to, co się wydarzyło, albo przewidywać wszystko, co może się wydarzyć, możemy zauważyć prosty fakt: w tej konkretnej chwili nic złego się nie dzieje.
Dla wielu osób może to być doświadczenie uspokajające.
Ale nie dla wszystkich.
Jeśli czyjś układ nerwowy przez długi czas funkcjonował w warunkach zagrożenia, spokój niekoniecznie będzie oznaczał bezpieczeństwo. Może oznaczać coś zupełnie innego.
Może przypominać ciszę przed burzą.
Może pojawić się niepokój właśnie wtedy, kiedy „wszystko jest dobrze”. Zamiast ulgi – napięcie. Zamiast spokoju – czujność. Zamiast poczucia bezpieczeństwa – myśl: „Coś się zaraz wydarzy”.
Dla osoby, która nauczyła się funkcjonować poprzez ciągłe wypatrywanie zagrożenia, spokojna chwila może być czymś niezwykle obcym.
Absolutna cisza nie musi wtedy oznaczać odpoczynku. Może przypominać opuszczone miasto, w którym nic się nie dzieje, ale właśnie dlatego zaczynasz się zastanawiać, gdzie jest niebezpieczeństwo.
Układ nerwowy może interpretować ciszę nie jako „jest bezpiecznie”, ale jako „jeszcze nie wiem, skąd nadejdzie zagrożenie”.
Kiedy czujność staje się strategią bezpieczeństwa
Wyobraź sobie osobę, która w przeszłości została wielokrotnie zaskoczona czymś, czego nie potrafiła przewidzieć.
Jej system może nauczyć się, że bezpieczeństwo zależy od tego, czy uda jej się przewidzieć kolejne zagrożenie.
Zaczyna więc analizować przeszłość: Co zrobiłam źle? Czego nie zauważyłam? Jaki był sygnał ostrzegawczy? Co mogłam zrobić inaczej?
Jednocześnie próbuje przewidzieć przyszłość: Co może się wydarzyć? Co jeśli…? Jak się zabezpieczę? Co jeszcze powinnam sprawdzić?
Z zewnątrz może to wyglądać jak nadmierne analizowanie.
Z perspektywy osoby, która tego doświadcza, może to być jednak strategia bezpieczeństwa.
I wtedy pojawia się paradoks. Kiedy ktoś mówi: „Przestań analizować. Wróć do chwili obecnej”, tak naprawdę prosi tę osobę o rezygnację z mechanizmu, który jej organizm uznał za sposób ochrony.
Zamiast więc pojawić się myśl: „Och, wszystko jest w porządku”, może pojawić się zupełnie inna:
„O nie. Skoro przestaję uważać, coś mnie zaraz zaskoczy”.
Taka osoba może czuć się bezpieczniej podczas analizowania zagrożeń niż podczas zwyczajnego zauważania tego, co jest.
Kiedy spokój przypomina gwałtowne hamowanie
Możemy posłużyć się prostą metaforą samochodu.
Wyobraź sobie silnik, który przez bardzo długi czas pracował na bardzo wysokich obrotach. Organizm przyzwyczaił się do stałego poziomu pobudzenia, napięcia i gotowości.
W pewnym momencie ktoś mówi: „Zatrzymaj się. Nic nie musisz robić. Po prostu bądź”.
Dla spokojnie pracującego silnika byłoby to zwyczajne zwolnienie.
Dla silnika, który od dawna pracuje na bardzo wysokich obrotach, gwałtowne hamowanie może przypominać szarpnięcie.
W podobny sposób niektóre osoby mogą doświadczać zejścia z chronicznego napięcia. Zamiast przyjemnego rozluźnienia pojawia się nagłe zmęczenie, ospałość, mgła mózgowa albo bardzo silne emocje.
Mogą pojawić się uczucia, które wcześniej były przykryte ciągłą aktywacją: smutek, bezradność, odrętwienie, żal czy rozpacz.
I wtedy system może próbować wrócić do tego, co zna.
Zaczynamy się martwić. Wracamy myślami do trudnej przeszłości. Wchodzimy w konflikt. Szukamy czegoś, czym można się zdenerwować. Podejmujemy intensywne albo ryzykowne działanie.
Nie dlatego, że świadomie chcemy cierpieć.
Być może dlatego, że wysoki poziom pobudzenia stał się dla organizmu bardziej znajomy niż spokój.
A co, jeśli zagrożeniem stało się własne ciało?
Jest jeszcze jedna sytuacja, w której obecność może być szczególnie trudna.
Dotyczy osób, które doświadczyły traumy związanej bezpośrednio z ciałem – na przykład chronicznego zaniedbania w dzieciństwie, przemocy fizycznej lub seksualnej czy traumatycznych doświadczeń medycznych.
W takich sytuacjach ciało może zostać zapisane w doświadczeniu jako miejsce, w którym wydarzyło się coś złego.
Trochę jak miejsce zbrodni.
Jeżeli wydarzyło się coś strasznego w konkretnym domu, człowiek może przez lata nie chcieć do niego wracać. Jeśli coś wydarzyło się w określonym miejscu, samo znalezienie się tam może uruchamiać wspomnienia i reakcje organizmu.
A co, jeśli tym miejscem jest własne ciało?
Nie można po prostu z niego wyjść.
Dlatego jednym ze sposobów ochrony może stać się odłączenie od niego. Odłączenie od odczuć. Od emocji. Od tego, co dzieje się wewnątrz.
Może pojawić się dysocjacja, depersonalizacja albo derealizacja. Człowiek może normalnie chodzić do pracy, płacić rachunki, rozmawiać z innymi ludźmi i funkcjonować na zewnątrz, a jednocześnie być bardzo daleko od własnego doświadczenia.
Taka separacja może pełnić funkcję ochronną. Może działać jak bufor pomiędzy osobą a bólem, którego w danym momencie nie była w stanie unieść.
A przecież wejście w teraźniejszość często oznacza również wejście w ciało.
Prawdziwa obecność nie polega na ucieczce od materialnego świata. W pewnym sensie oznacza wejście w niego jeszcze głębiej: poczucie stóp, oddechu, napięcia mięśni, temperatury skóry, dźwięków, zapachów i tego, co dzieje się właśnie teraz.
Dla osoby, której ciało zostało skojarzone z zagrożeniem, może to być doświadczenie bardzo intensywne.
Kiedy cisza otwiera drzwi do tego, co było zamrożone
Jest jeszcze jeden paradoks.
Czasami to właśnie wtedy, kiedy wreszcie zwalniamy, zaczynamy czuć rzeczy, na które wcześniej nie było przestrzeni.
Podczas traumatycznego wydarzenia organizm nie ma luksusu spokojnego przetwarzania wszystkiego, co się dzieje. Priorytetem jest przetrwanie.
Można więc wyobrazić sobie, że część doświadczeń zostaje niejako odłożona na później.
A potem przychodzi moment względnego bezpieczeństwa.
Umysł zwalnia. Pojawia się cisza. Człowiek siada do medytacji. Zaczyna skupiać się na oddechu. Przestaje przez chwilę rozwiązywać problemy.
I nagle coś zaczyna napływać.
Silne emocje. Obrazy. Natrętne myśli. Reakcje z ciała. Wspomnienia. Somatyczne flashbacki.
Może to być doświadczenie przypominające wewnętrzną powódź.
Dlatego jednym z trudniejszych paradoksów związanych z traumą jest to, że miejsce, które ma służyć uzdrawianiu, może początkowo wydawać się miejscem zagrożenia.
„Widocznie medytacja nie jest dla mnie”
Jeżeli ktoś doświadcza czegoś takiego, bardzo łatwo może wyciągnąć wniosek, że robi coś nieprawidłowo.
„Nie umiem medytować”.
„Nie potrafię być obecna”.
„Ze mną coś jest nie tak”.
„Ta metoda na mnie nie działa”.
Jeszcze trudniejsze może być spotkanie z nauczycielem albo środowiskiem, które zakłada, że prawidłowa praktyka powinna przynieść określony stan: spokój, ulgę, ciszę i odprężenie.
Jeśli ktoś doświadcza czegoś odwrotnego, może zacząć myśleć, że jest „niewystarczająco rozwinięty duchowo”, zbyt przywiązany do ego albo po prostu nie potrafi robić tego właściwie.
A może potrzebujemy więcej ciekawości, a mniej oceniania?
Właśnie to jest dla mnie szczególnie interesujące również z perspektywy Gestalt. Nie zakładamy z góry, jakie doświadczenie powinno się pojawić. Interesuje nas to, co rzeczywiście pojawia się teraz.
Jeżeli „tu i teraz” przynosi napięcie, nie musimy od razu uznawać tego za porażkę. Możemy potraktować to jako informację.
Co dokładnie dzieje się teraz?
Czego doświadcza moje ciało?
Przed czym próbuje mnie ochronić?
Nie musisz oczekiwać, że „tu i teraz” będzie przyjemne
To może być ważna zmiana perspektywy.
Jeśli zakładamy, że wejście w chwilę obecną powinno być przyjemne, a następnie pojawia się lęk, napięcie albo fala emocji, bardzo łatwo dokładamy do pierwotnego doświadczenia kolejną historię: „Coś jest ze mną nie tak”.
Możemy zamiast tego spróbować podejść do doświadczenia z większą łagodnością:
„Być może właśnie teraz uruchomiło się coś, co mój organizm zna bardzo dobrze. Nie muszę tego natychmiast naprawiać. Mogę najpierw zauważyć, co się dzieje”.
Pomocne może być również bardzo konkretne ugruntowanie się w teraźniejszości: przypomnienie sobie aktualnej daty, swojego wieku, miejsca, w którym jesteśmy, oraz tego, co faktycznie dzieje się wokół nas.
Na przykład:
„Jest rok 2026. Mam teraz 35 lat. Jestem w swoim domu. Siedzę na krześle i wykonuję ćwiczenie związane z obecnością. Czuję napięcie, ponieważ kiedy przestaję skanować otoczenie i przewidywać zagrożenia, mój organizm zaczyna oczekiwać, że wydarzy się coś złego. To może być reakcja uruchomiona przez wcześniejsze doświadczenia. W tej chwili nie wiem, czy wydarzy się coś złego. Wiem natomiast, gdzie jestem i co dzieje się teraz”.
Nie chodzi o przekonywanie siebie na siłę, że „wszystko jest dobrze”. Chodzi o rozróżnienie pomiędzy tym, co dzieje się naprawdę teraz, a tym, co uruchamia się w naszym doświadczeniu.
Spróbujmy zamiast walczyć – eksperymentować
Jeżeli zauważasz, że obecność uruchamia w Tobie napięcie, ciekawym eksperymentem może być przyjrzenie się temu, co właściwie jest trudne w byciu tu i teraz.
Czego się spodziewasz, kiedy przestajesz analizować przeszłość?
Czego się spodziewasz, kiedy przestajesz przewidywać przyszłość?
Co Twoja psychika interpretuje jako zagrożenie?
Być może jest to cisza. Być może brak kontroli. Być może kontakt z ciałem. Być może emocje. Być może przekonanie, że jeśli przestaniesz uważać, wydarzy się coś złego.
Wtedy można zacząć budować zupełnie nową relację z chwilą obecną – taką, która nie będzie polegała na przemocy wobec własnego systemu.
Nie trzeba od razu siedzieć dwadzieścia czy trzydzieści minut w absolutnej ciszy.
Można zacząć od dwóch minut.
Można ustawić minutnik i dać sobie jasną informację: „Przez najbliższe dwie minuty będę ćwiczyć bycie tutaj, a potem mogę wrócić do swoich myśli i zajęć”.
Dla umysłu przyzwyczajonego do nieustannej czujności taki określony w czasie eksperyment może być łatwiejszy do zaakceptowania niż perspektywa: „Teraz masz po prostu przestać myśleć i być obecna”.
Huśtawka pomiędzy obecnością a wyjściem z niej
Ciekawym ćwiczeniem może być również świadome poruszanie się pomiędzy chwilą obecną a myśleniem o przeszłości lub przyszłości.
Wejdź w teraźniejszość.
Wyjdź z niej.
Wróć.
Na przykład dotknij swojej skóry i naprawdę poczuj dotyk. Zwróć uwagę na temperaturę. Na nacisk. Na fakturę.
Potem weź do ręki jakiś przedmiot i skup się na jego zapachu. Przyjrzyj się czemuś bardzo dokładnie. Posłuchaj jednego dźwięku.
A potem pozwól sobie przez chwilę pomyśleć o czymś z przeszłości albo przyszłości.
I wróć.
Nie jako test tego, czy potrafisz być obecna. Raczej jako eksperyment sprawdzający, jak reaguje Twój system, kiedy przemieszczasz uwagę pomiędzy różnymi stanami.
Z czasem może zwiększać się Twoja tolerancja na samą obecność.
Czasami najpierw potrzebujemy zająć się tym, co nie pozwala nam odpuścić
Jeżeli umysł bardzo mocno trzyma się konkretnego problemu, być może pomocne będzie najpierw dać mu przestrzeń.
Możesz zapisać swoje obawy. Nie tylko same zmartwienia, ale również to, co realnie możesz zrobić w ich sprawie.
Możesz również pozwolić sobie dokładnie przeanalizować wydarzenie z przeszłości, które wciąż wraca.
Czasami dopiero wtedy, kiedy umysł czuje, że został wysłuchany i że coś zostało nazwane albo zaplanowane, łatwiej jest mu na chwilę odłożyć czujność.
To również wydaje mi się bliskie temu, czego uczę się w Gestalt: nie chodzi o to, aby siłą pozbyć się doświadczenia, ale aby się z nim spotkać i zobaczyć, czego właściwie potrzebuje.
A jeśli siedzenie w ciszy zaczyna Cię zalewać?
Jeżeli podczas siedzenia w bezruchu zaczynasz wyraźnie wchodzić w reakcję traumatyczną, nie zawsze najlepszym rozwiązaniem będzie jeszcze mocniejsze „skupianie się na obecności”.
Możesz pozostać świadoma tego, co się dzieje, a jednocześnie zmienić stan fizyczny.
Wstać. Poruszyć rękami. Potrząsnąć dłońmi. Delikatnie podskoczyć. Zmienić pozycję. Użyć bodźca, który pomoże Ci wrócić do kontaktu z otoczeniem.
Możesz obmyć twarz chłodną wodą, zanurzyć ją na moment w chłodnej wodzie, zacząć nucić niski dźwięk albo skupić uwagę na wyrazistym zapachu.
Nie chodzi o to, aby przemocą wyrwać się z własnego doświadczenia. Chodzi o znalezienie takiego poziomu pobudzenia, przy którym nadal możesz pozostać w kontakcie ze sobą.
Jeżeli „tu i teraz” Cię uruchamia, to nie znaczy, że coś jest z Tobą nie tak
Być może właśnie to jest najważniejsza rzecz, którą warto z tego tekstu zabrać.
Jeżeli obecność uruchamia w Tobie lęk, nie musi to oznaczać, że praktyki obecności „nie działają”. Nie musi również oznaczać, że robisz coś źle.
Twój system może po prostu robić dokładnie to, czego nauczył się robić, aby Cię chronić.
Jeżeli przez lata bezpieczeństwo oznaczało czujność, przewidywanie i analizowanie, trudno oczekiwać, że po jednym głębokim oddechu organizm powie: „Świetnie, od dziś możemy już spokojnie odpoczywać”.
Być może potrzebuje czasu.
Być może potrzebuje małych kroków.
Być może potrzebuje doświadczenia, że można być obecnym i jednocześnie bezpiecznym.
I być może Twoja droga do „tu i teraz” będzie wyglądała inaczej niż droga kogoś, kto nie ma podobnych doświadczeń.
Obecność nie musi być kolejnym zadaniem do wykonania
Myślę, że jest w tym również ważna lekcja dla osób, które pracują z innymi.
Jeżeli mówimy komuś: „Po prostu bądź obecna”, możemy nieświadomie pomijać całą historię, z którą ta osoba przychodzi.
Dla jednej osoby „tu i teraz” będzie chwilą ulgi.
Dla innej może być pierwszym momentem, kiedy zaczyna czuć własne ciało.
Dla jeszcze innej – momentem, kiedy ciało po raz pierwszy od dawna przestaje być zajęte przetrwaniem i zaczynają pojawiać się emocje, na które wcześniej nie było miejsca.
Dlatego nie chcę patrzeć na obecność jak na kolejną umiejętność, którą trzeba opanować prawidłowo.
Znacznie bardziej interesuje mnie pytanie:
„Jak wygląda Twoje doświadczenie bycia tutaj, właśnie teraz?”
Bo być może właśnie tam zaczyna się prawdziwy kontakt.
A co, jeśli w teraźniejszości naprawdę czeka coś dobrego?
Jeżeli doświadczasz trudności z byciem w teraźniejszości, nie musisz zmuszać się do tego, aby natychmiast ją pokochać.
Możesz podejść do niej z ciekawością.
Małymi krokami sprawdzać, czy dzisiejsza chwila rzeczywiście jest taka sama jak te, w których kiedyś wydarzyło się coś trudnego.
Możesz uczyć swój organizm, że obecność nie musi oznaczać utraty czujności. Że możesz wrócić do myślenia, kiedy tego potrzebujesz. Że możesz przerwać ćwiczenie. Że możesz się poruszyć. Że możesz otworzyć oczy i rozejrzeć się po pokoju.
Nie musisz być „idealnie obecna”.
Nie musisz siedzieć nieruchomo, dopóki wszystko w Tobie nie ucichnie.
Możesz uczyć się własnej wersji obecności.
Takiej, która nie omija Twojej historii, ale również nie pozwala, aby historia całkowicie przejęła teraźniejszość.
Bo być może paradoks polega właśnie na tym, że to, co dzisiaj sprawia, że tak trudno Ci być „tu i teraz”, jest jednocześnie czymś, co może potrzebować właśnie tej obecności, aby z czasem przestać kierować Twoim życiem.
Nie po to, żeby zmusić siebie do spokoju. Po to, żeby coraz lepiej poznawać siebie w chwili, która właśnie się wydarza.
