Czy warto inwestować w rozwój osobisty
Przez ostatnie lata rozwój osobisty stał się niemal obowiązkiem. Czytasz książki, chodzisz na warsztaty, medytujesz, pracujesz nad przekonaniami, uczysz się stawiać granice, poznajesz języki miłości, style przywiązania i kolejne sposoby na to, żeby stać się lepszą wersją siebie. A kiedy nie robisz nic z tych rzeczy, pojawia się niepokój. Może stoisz w miejscu? Może coś cię omija? Może wszyscy już wiedzą, jak żyć, tylko ty jeszcze nie?
Ostatnia nagonka na rozwój osobisty, która z jednej strony próbuje go ośmieszyć, a z drugiej bezustannie podkręca tempo, jest dla mnie niezwykle ciekawym zjawiskiem. Bo o ile sama idea rozwoju jest czymś pięknym, o tyle łatwo przekształcić ją w kolejną formę ucieczki od siebie. W kolejne zadanie do wykonania. W projekt, którym jesteśmy my sami.
Możesz przeczytać tysiąc książek o miłości i wciąż nie wiedzieć, jak kochać człowieka, który właśnie siedzi naprzeciwko ciebie.
Nie piszę tego z pozycji osoby, która odkryła, że rozwój osobisty jest zbędny. Wręcz przeciwnie. Jestem jego żywym przykładem. I być może właśnie dlatego mam dziś tak wiele pytań.
Jestem kobietą, która od zawsze bardzo dużo się rozwijała
Mam tytuł magistra nauk humanistycznych, dwie podyplomówki, stos certyfikatów i szkoleń. Czytałam książki, uczestniczyłam w warsztatach, kręgach, rytuałach szamańskich i Bóg wie czym jeszcze. Próbowałam różnych dróg, metod, podejść i sposobów rozumienia siebie. A teraz rozpoczęłam czteroletnie szkolenie psychoterapeutyczne, które od początku jest dla mnie czymś zupełnie innym niż wszystko, co robiłam do tej pory.
Nie dlatego, że nagle znalazłam jedyną słuszną metodę. Nie dlatego, że wcześniejsze doświadczenia były bezwartościowe. Wręcz przeciwnie. Właśnie dzięki nim potrafię dziś zauważyć, czego wcześniej nie widziałam.
To szkolenie jest mi niezwykle bliskie, ponieważ pomaga mi zintegrować w sobie wszystko to, co przez lata wiedziałam intelektualnie. Wiedzę o sobie, o relacjach, o mechanizmach psychologicznych, o świecie. Nie tylko poprzez kolejne pojęcia i teorie, ale poprzez doświadczenie z drugim człowiekiem, a nawet z całą grupą ludzi.
I właśnie tutaj zaczyna się dla mnie najważniejsza część tej opowieści.
Kiedy rozwój przestaje być drogą, a staje się kolejnym obowiązkiem
Mój eks mawiał: „Jeśli się nie rozwijam, to się zwijam”.
Pamiętam w swoim życiu momenty stagnacji. Czas, kiedy biernie przyjmowałam wydarzenia, pozwalałam, żeby życie działo się obok mnie, a sama pozostawałam w pewnym odrętwieniu. Nie podejmowałam decyzji, nie przyglądałam się sobie, nie próbowałam rozumieć tego, co się ze mną dzieje.
A potem przyszła druga skrajność.
Hiper, ultra rozwój. Czytanie stosów książek. Warsztaty. Kręgi. Rytuały. Kolejne szkolenia. Kolejne odkrycia. Kolejne olśnienia. Kolejne obszary, które rzekomo wymagały uzdrowienia. Byłam głodna wiedzy, doświadczeń i odpowiedzi. Chciałam rozumieć siebie, swoje relacje, swoje emocje, swoje życie.
I wiesz co?
W dalszym ciągu było mi zwyczajnie źle.
To zdanie jest dla mnie dziś niezwykle ważne. Bo można przeczytać mnóstwo książek o szczęściu i nadal nie czuć się szczęśliwym. Można znać mechanizmy powstawania lęku, rozumieć własne schematy, wiedzieć, skąd biorą się określone reakcje, a mimo to wciąż reagować w ten sam sposób.
Można wydać ogromne pieniądze na rozwój osobisty, a jednocześnie nie mieć przestrzeni na odpoczynek, bliskość, zabawę z dzieckiem czy budowanie własnego domu. Można nieustannie inwestować w siebie i zapomnieć, że życie nie składa się wyłącznie z tego, co jeszcze mamy w sobie naprawić.
Rozwój osobisty nie zawsze oznacza, że idziesz do przodu
Wydaje mi się, że w świecie rozwoju osobistego bardzo łatwo pomylić ruch z przemianą.
Bo przecież cały czas coś robisz. Czytasz. Uczysz się. Analizujesz. Odkrywasz. Przepracowujesz. Zmieniasz. Inwestujesz. Masz wrażenie, że jesteś w drodze. A jednak czasami ten ruch może być jedynie bardziej wyrafinowaną formą ucieczki od tego, co naprawdę dzieje się w tobie.
Od smutku, którego nie chcesz poczuć. Od samotności, której nie chcesz zobaczyć. Od złości, której nie umiesz wyrazić. Od relacji, w której jesteś nieszczęśliwy, ale boisz się przyznać, że nie wiesz, co z nią zrobić.
Możesz wtedy kupić kolejną książkę o granicach. Zapisać się na kolejny warsztat. Odkryć, że twój partner jest toksyczny, że twoja matka była narcystyczna, że masz styl lękowy, że przyciągasz niedostępnych emocjonalnie ludzi. I być może część tych rozpoznań będzie prawdziwa.
Ale czy sama wiedza o tym, co się wydarzyło, zmienia sposób, w jaki jesteś z drugim człowiekiem?
Czy pozwala spojrzeć i usłyszeć również jego ból? Czy pomaga ci wytrzymać napięcie, które pojawia się między wami? Czy potrafisz pozostać w relacji wtedy, kiedy nie jest wygodnie, kiedy ktoś nie spełnia twoich oczekiwań, kiedy trzeba zrezygnować z własnej racji, a nie tylko z własnych granic?
To są pytania, na które nie odpowie za ciebie ani za mnie żadna książka.
Toksyczność stała się słowem, którym czasami kończymy kontakt, zanim on w ogóle się zacznie
Jednym z najbardziej interesujących aspektów współczesnego rozwoju osobistego jest sposób, w jaki zaczęliśmy mówić o relacjach.
Oczywiście istnieją relacje przemocowe. Istnieją ludzie, którzy manipulują, wykorzystują, poniżają i niszczą. Istnieją sytuacje, w których odejście jest aktem ochrony siebie, a nie porażką w pracy nad związkiem. Nie mam co do tego wątpliwości.
Ale pomiędzy przemocą a zwyczajnym ludzkim konfliktem istnieje ogromna przestrzeń, którą coraz częściej próbujemy zamknąć jednym słowem: toksyczny.
Toksyczny partner. Toksyczna przyjaciółka. Toksyczna rodzina. Toksyczne środowisko pracy.
I nagle każda relacja, w której pojawia się trudność, staje się dowodem na to, że trzeba odejść. Każdy konflikt może zostać potraktowany jako sygnał, że ktoś przekracza nasze granice. Każde rozczarowanie staje się potwierdzeniem, że wybraliśmy niewłaściwą osobę.
A potem szukamy kolejnej miłości.
Kolejnej osoby, z którą będzie łatwiej. Która będzie bardziej świadoma. Bardziej dojrzała. Bardziej kompatybilna. Która nie uruchomi w nas tego, co tak bardzo chcielibyśmy mieć już za sobą.
Tylko że czasami właśnie to, co nas uruchamia, pokazuje nam miejsce, w którym wciąż nie jesteśmy wolni i które wymaga pracy.
Nie każda trudna relacja jest toksyczna. Nie każda relacja, która boli, jest relacją, z której trzeba odejść. Czasami jest relacją, w której po raz pierwszy możemy zobaczyć siebie naprawdę.
Nie chodzi o to, żeby zostawać wszędzie i za wszelką cenę. Chodzi o to, żeby nie używać rozwoju osobistego jako automatycznego uzasadnienia dla ucieczki od każdego dyskomfortu.
Bo jeśli za każdym razem, kiedy pojawia się konflikt, wymieniamy człowieka na nowego, możemy nigdy nie spotkać się z własnym udziałem w tym, co się wydarza.
Możesz zmienić partnera, ale niekoniecznie sposób, w jaki kochasz
To jest dla mnie jeden z największych paradoksów rozwoju osobistego.
Możemy nauczyć się rozpoznawać schematy. Możemy odkryć, że wchodzimy w relacje z osobami niedostępnymi emocjonalnie. Możemy zrozumieć, że boimy się bliskości, że nadmiernie kontrolujemy, że próbujemy zasłużyć na miłość albo że uciekamy, kiedy ktoś naprawdę chce być blisko.
Możemy to wszystko wiedzieć.
A potem spotykamy kolejną osobę i odtwarzamy ten sam dramat, tylko w innej odsłonie.
Inny człowiek. Inne okoliczności. Inne słowa. Ale ten sam lęk. Ta sama potrzeba kontroli. Ta sama trudność w byciu blisko. Ten sam sposób reagowania na odrzucenie.
Świat będzie odtwarzał ten sam dramat, dopóki nie zadzieje się praca na głębszym poziomie.
Nie na poziomie kolejnej definicji. Nie na poziomie wiedzy o tym, jaki mam styl przywiązania. Nie na poziomie deklaracji, że już wiem, czego potrzebuję.
Tylko na poziomie doświadczenia. Tego, co dzieje się we mnie, kiedy ktoś jest blisko. Kiedy ktoś się oddala. Kiedy ktoś mnie nie rozumie. Kiedy jestem zły. Kiedy czuję wstyd. Kiedy chciałbym uciec, zaatakować albo udowodnić, że mam rację.
To właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa praca.
Wiedza nie jest jeszcze doświadczeniem
Myślę, że jednym z największych problemów współczesnego rozwoju osobistego jest przekonanie, że jeśli już coś zrozumieliśmy, to znaczy, że to w nas zostało zmienione.
Nie zawsze.
Możesz wiedzieć, że nie powinieneś krzyczeć na bliską osobę, a jednak krzyczeć. Możesz wiedzieć, że warto komunikować swoje potrzeby, a jednak milczeć. Możesz wiedzieć, że nie należy tłumić emocji, a jednak robić wszystko, żeby ich nie poczuć.
Możesz rozumieć, że twoje dzieciństwo miało wpływ na to, jak dziś funkcjonujesz, a mimo to nadal reagować tak, jakbyś wciąż był tamtym dzieckiem.
Wiedza może być początkiem przemiany. Może otworzyć drzwi. Może dać język temu, co wcześniej było nieuchwytne.
Ale sama wiedza nie gwarantuje integracji.
Integracja to moment, w którym to, co rozumiesz, zaczyna mieć swoje miejsce w tym, jak żyjesz. W tym, jak reagujesz. W tym, jak jesteś z drugim człowiekiem. W tym, jak potrafisz pozostać obecny, kiedy życie nie układa się według twojego planu.
To jest różnica pomiędzy wiedzieć a doświadczać.
Relacja jest miejscem, w którym wiedza zaczyna żyć
Właśnie dlatego tak bardzo porusza mnie moje obecne szkolenie psychoterapeutyczne.
Nie dlatego, że daje mi kolejne narzędzia do naprawiania siebie. Nie dlatego, że obiecuje mi, że po czterech latach będę już w pełni świadomym człowiekiem, który nie popełnia błędów i zawsze wie, co robić.
Porusza mnie dlatego, że pozwala mi doświadczać siebie w relacji z innymi ludźmi. W grupie. W kontakcie. W napięciu. W bliskości. W tym, co się pojawia pomiędzy mną a drugim człowiekiem.
I nagle wszystko to, co wcześniej wiedziałam o sobie intelektualnie, zaczyna mieć zupełnie inny wymiar.
Nie tylko wiem, że mam określone mechanizmy. Mogę zauważyć, jak one działają w realnym kontakcie. Nie tylko wiem, że relacje są ważne. Mogę doświadczyć tego, jak relacja mnie zmienia. Nie tylko wiem, że emocje są częścią życia. Mogę spotkać się z nimi wtedy, kiedy nie da się ich już schować za kolejnym pojęciem lub przeintelektualizowaną gadką.
To jest dla mnie o wiele bliższe niż sama teoria.
Bo człowiek nie integruje się wyłącznie poprzez samotne myślenie o sobie. Integruje się także w kontakcie. W relacji. W doświadczeniu bycia widzianym, słyszanym, rozumianym, ale też niezrozumianym. W spotkaniu z kimś, kto ma własną prawdę, własne granice, własne potrzeby.
I może właśnie dlatego relacje są tak wymagające. Nie pozwalają nam zatrzymać się wyłącznie na obrazie siebie, który stworzyliśmy w swojej głowie.
A co, jeśli nie wszystko w tobie wymaga naprawy?
To pytanie przyszło do mnie stosunkowo niedawno, a jednak czuję, że mogłoby zmienić sposób, w jaki patrzymy na rozwój osobisty.
Co, jeśli nie wszystko w tobie wymaga naprawy?
Co, jeśli nie każda emocja jest problemem do rozwiązania? Co, jeśli nie każda trudność jest dowodem na to, że jesteś w niewłaściwym miejscu? Co, jeśli nie każda relacja, która cię za mocno uruchamia, jest relacją, z której trzeba odejść?
Co, jeśli czasami nie potrzebujesz kolejnego szkolenia, tylko chwili, w której usiądziesz i pozwolisz sobie poczuć to, co już w tobie jest? I pozwolić temu zaistnieć. Opaść w doświadczeniu bez natychmiastowej oceny i wyciągania wniosków.
Może potrzebujesz pooddychać w tym, co trudne. Zostać przy sobie bez natychmiastowego szukania odpowiedzi. Zauważyć, co robi ci dana sytuacja. Co robi ci człowiek, który siedzi naprzeciwko. Co robi ci twoja własna reakcja.
Może nie wszystko trzeba od razu rozumieć. Może nie wszystko trzeba zmieniać. Może niektóre rzeczy potrzebują czasu, żeby zostać przeżyte, a nie przeanalizowane.
To nie jest wezwanie do bierności. To nie jest zachęta do ignorowania cierpienia, przemocy czy odpowiedzialności za własne życie.
To jest zaproszenie do innego rodzaju uważności. Takiej, która nie zaczyna się od pytania: „Co muszę w sobie poprawić?”, tylko od pytania: „Co się teraz ze mną dzieje?”.
Może rozwój nie zawsze polega na tym, żeby stać się kimś innym. Może czasami polega na tym, żeby przestać uciekać od tego, kim jesteś w tej chwili.
Nie chcę już rozwijać się przeciwko sobie
Kiedy patrzę dziś na swoją drogę, widzę w niej zarówno momenty stagnacji, jak i momenty ogromnego głodu rozwoju. Widzę, jak wiele rzeczy chciałam zrozumieć, naprawić, zmienić i przekroczyć.
Widzę też, ile pieniędzy, czasu i energii potrafiłam przeznaczyć na kolejne doświadczenia, które miały mnie przybliżyć do siebie. I nie żałuję tego z prostego powodu: gdybym nie poszła tą drogą, prawdopodobnie nie uświadomiłabym sobie tego wszystkiego. Zwłaszcza tego, że wiedza jest kolejnym poziomem do przekroczenia na mapie świadomości, przystankiem, a nie celem samym w sobie.
To jest mój osobisty paradoks.
Nie wiedziałabym, że można uciekać w rozwój osobisty, gdybym sama nie rozwijała się tak intensywnie. Nie wiedziałabym, jak łatwo pomylić wiedzę z przemianą, gdybym nie zgromadziła tak wiele wiedzy. Nie widziałabym, jak ważna jest integracja, gdybym nie doświadczyła zawodu, że sama teoria nie wystarcza.
Dlatego nie chcę dziś wyrzucać rozwoju osobistego do kosza. Chcę raczej zaprosić go do rozmowy na głębszym poziomie.
Rozmowy o tym, po co to robimy. Dla kogo. Z jakiego miejsca. Czy rzeczywiście chcemy być bliżej siebie, czy tylko coraz bardziej oddalamy się od tego, czego nie chcemy czuć.
Nie chcę rozwoju, który nastawia ludzi przeciwko sobie. Przeciwko relacjom. Pogłębiając alienację i osamotnienie w trudach prozy życia, której każdy, absolutnie każdy człowiek na ziemi, doświadcza. Nie chcę rozwijać się w taki sposób, który sprawia, że coraz więcej wiem, a coraz mniej potrafię być z drugim człowiekiem.
Chcę, żeby rozwój przybliżał mnie do życia.
Do ludzi. Do siebie. Do prawdy, która nie zawsze jest wygodna, ale nie musi być kolejnym projektem do odhaczenia.
Czy warto inwestować w rozwój osobisty?
Tak. Ale nie za wszelką cenę. I nie zawsze w taki sposób, w jaki podpowiada nam rynek.
Warto inwestować w rozwój, jeśli pomaga ci lepiej rozumieć siebie, brać odpowiedzialność za własne życie, budować zdrowsze relacje i być bardziej obecnym człowiekiem.
Warto, jeśli wiedza staje się doświadczeniem. Jeśli to, czego uczysz się na warsztacie, zaczyna mieć swoje miejsce w codzienności. Jeśli po przeczytaniu książki nie tylko wiesz więcej, ale potrafisz inaczej spojrzeć na siebie i na drugiego człowieka.
Warto, jeśli rozwój nie zabiera ci całego życia, tylko pomaga ci w nim być.
Ale może nie warto, jeśli staje się kolejnym źródłem presji. Jeśli nie potrafisz odpocząć bez poczucia winy. Jeśli każdą trudność traktujesz jak dowód na to, że jeszcze nie jesteś wystarczająco świadomy. Jeśli każdą relację wymieniasz na nową, bo poprzednia okazała się zbyt trudna.
Może warto wtedy na chwilę przystanąć.
Nie po to, żeby się zatrzymać na zawsze. Po to, żeby zobaczyć, dokąd właściwie idziesz.
Na koniec zostawiam ci kilka pytań
Pytan będących zaproszeniem do uważnego spotkania ze sobą.
- Po co naprawdę się rozwijam?
- Czy mój rozwój przybliża mnie do ludzi, czy coraz bardziej oddala?
- Czy potrafię zastosować zdobytą wiedzę w relacji z drugim człowiekiem?
- Czy umiem zostać przy trudnej emocji bez natychmiastowego szukania sposobu, żeby ją zmienić?
- Czy inwestuję w siebie z miłości, czy ze strachu, że wciąż jestem niewystarczający?
- Czy moje życie staje się dzięki temu pełniejsze, czy tylko bardziej wypełnione kolejnymi zadaniami?
Może odpowiedzi nie przyjdą od razu. I nie muszą.
Wystarczy, że przez chwilę pobędziesz z tymi pytaniami. Bez kolejnej książki. Bez kolejnego warsztatu. Bez potrzeby natychmiastowego zrozumienia wszystkiego.
Bo być może rozwój osobisty jest naprawdę wartościowy wtedy, kiedy przestaje być nieustanną próbą stania się kimś innym, a zaczyna być sposobem na coraz pełniejsze spotkanie z tym, kim jesteśmy.
I być może właśnie wtedy zaczyna się najgłębsza przemiana.
Nie wtedy, kiedy wiemy już wszystko.
Tylko wtedy, kiedy potrafimy być naprawdę obecni.
