Pisanie ekspresyjne: kiedy słowa zaczynają leczyć

Czy można napisać sobie drogę powrotną do siebie?

Być może znasz ten moment, kiedy coś wydarza się w Twoim życiu i nagle okazuje się, że nie potrafisz o tym opowiedzieć.

Nie dlatego, że nie masz nic do powiedzenia. Wręcz przeciwnie. Masz w sobie tak wiele, że każde zdanie wydaje się zbyt małe. Słowa nie nadążają za tym, co dzieje się w środku. Myśli się plączą, emocje przychodzą falami, a ciało pamięta więcej, niż jesteśmy w stanie nazwać.

Możesz próbować rozmawiać z bliską osobą. Możesz iść na terapię, czytać książki psychologiczne, analizować schematy i szukać odpowiedzi. A potem wrócić do domu, usiąść z kartką i zacząć pisać.

Nie po to, żeby stworzyć piękny tekst i żeby ktoś go przeczytał. Czasami nawet nie po to, żeby od razu zrozumieć, co się z Tobą dzieje.

Po prostu piszesz, bo coś w Tobie chce zostać wyrażone.

I być może właśnie wtedy zaczyna się coś ważnego. Doświadczenie, które do tej pory było chaosem odczuć, obrazów, napięć i niewypowiedzianych zdań, zaczyna przybierać formę. A kiedy coś otrzymuje formę, możemy się temu przyjrzeć. Możemy się z tym spotkać.

Nie zawsze potrafimy od razu zrozumieć to, co przeżywamy. Czasami najpierw musimy znaleźć dla tego słowa. I bywa, że długo ich szukamy.

Pisanie ekspresyjne było moją pierwszą terapią, zanim jeszcze potrafiłam określić to, co robię.

Dziś, jako coach Gestalt, osoba ucząca się psychoterapii, a jednocześnie lingwistka, patrzę na ten proces z jeszcze większą fascynacją. Jednak najpierw było doświadczenie. Dopiero później przyszła wiedza, badania, nazwiska i teorie, które pomogły mi zobaczyć, że coś, co intuicyjnie robiłam w najtrudniejszych momentach swojego życia, od lat interesuje również naukowców.

Pisanie, które pomogło mi przetrwać

Przez długi czas nie wiedziałam, jak sobie pomóc. Byłam w miejscu, w którym emocje potrafiły całkowicie przejąć moje życie. Próbowałam rozumieć, analizować, szukać przyczyn i odpowiedzi. A jednak samo rozumienie nie zawsze przynosiło ulgę. Popadanie w te same mechanizmy obronne było dla mnie szkodliwe.

W pewnym momencie zaczęłam pisać.

Nie miałam wtedy gotowej metody. Nie znałam jeszcze nazwiska Jamesa Pennebakera. Nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak pisanie ekspresyjne. Nie myślałam o języku jako narzędziu porządkowania doświadczenia.

Po prostu brałam kartkę i zapisywałam to, czego nie potrafiłam pomieścić w rozmowie.

Wylewałam na papier złość, żal, rozpacz, tęsknotę, wstyd i bezsilność. Pisałam zdania, których nie wypowiedziałabym na głos. Wracałam do wydarzeń, które wciąż żyły we mnie. Czasami pisałam bardzo długo, a czasami wystarczało kilka słów.

Nie zawsze po takim pisaniu czułam się dobrze. Nie zawsze pojawiała się natychmiastowa ulga. Ale doświadczanie życia zaczynało mieć inną jakość. To, co wcześniej było jednym wielkim, nieprzeniknionym bólem, zaczynało mieć różne odcienie. Mogłam zobaczyć, co jest złością, co żalem, co lękiem, a co tęsknotą. Już nie z wielkim wyrzutem wobec siebie, a z łagodnością i dozą zrozumienia.

Z czasem zaczęłam dostrzegać coraz większe postępy w zauważaniu swoich potrzeb. To, czego nie umiałam powiedzieć. To, na co się zgadzałam, choć wcale nie chciałam. To, czego próbowałam szukać w drugim człowieku, zamiast nauczyć się dawać to sobie.

Nie pisałam po to, żeby stworzyć książkę. Pisałam, żeby przeżyć. Autentycznie. Nie wiem, czy byłaś kiedyś w takim miejscu. (Możesz przerwać w każdej chwili czytanie moich treści, jeśli są dla Ciebie za mocne).

Dopiero o wiele później zrozumiałam, że mogę zrobić z tego e-book, którym jestem w stanie się podzielić ze światemJak przeszłam przez rozstanie i się nie zabiłam. Sam tytuł jest zapisem pewnego powracającego schematu w moim życiu. Jest w pierwszej osobie, bo wtedy zaczęłam otwarcie pisać o własnym doświadczeniu. Dziś widzę, że język, którym opowiadam o sobie, sygnalizuje etap w procesie mojego dojrzewania.

Od osobistego doświadczenia do badań

Jednym z najbardziej znanych badaczy pisania ekspresyjnego jest James W. Pennebaker, psycholog z University of Texas at Austin.

W latach osiemdziesiątych zaczął badać związek między trudnymi doświadczeniami, ich ukrywaniem oraz zdrowiem psychicznym i fizycznym. Interesowało go między innymi to, co dzieje się z człowiekiem, kiedy przez długi czas nosi w sobie coś, o czym nie potrafi albo nie chce mówić.

Pojawiło się proste, ale bardzo ważne pytanie: co się stanie, jeśli człowiek zacznie pisać o tym, co go zraniło?

W 1986 roku opublikowano pierwsze badania dotyczące pisania ekspresyjnego. Uczestnicy przez kilka kolejnych dni pisali przez kilkanaście minut o trudnych, osobistych doświadczeniach. Inne osoby pisały o neutralnych, codziennych tematach.

Od tamtej pory powstało wiele badań nad tą metodą. Wyniki nie zawsze były identyczne, a efekty nie u każdego wyglądały tak samo. Pisanie ekspresyjne nie jest cudownym lekarstwem na wszystko i nie zastępuje psychoterapii, leczenia ani relacji z drugim człowiekiem.

A jednak przez lata stało się przedmiotem poważnych naukowych poszukiwań.

I właśnie to jest dla mnie najbardziej interesujące. Najpierw człowiek siada sam z kartką i próbuje jakoś ponazywać zjawiska i doświadczenia swojego życia. Dopiero później ktoś zaczyna pytać: co właściwie dzieje się w tym procesie? Dlaczego zapisanie doświadczenia czasami pomaga? Co zmienia się w naszym sposobie myślenia? Jaką rolę odgrywa język?

Nie chodzi wyłącznie o wyrzucenie emocji

Przez długi czas pisanie terapeutyczne kojarzono przede wszystkim z katharsis. Wyrzuć z siebie emocje. Napisz wszystko, co czujesz. Pozwól, żeby gniew, smutek i żal znalazły ujście.

I rzeczywiście, samo wyrażenie emocji może być ważną częścią procesu. Czasami potrzebujemy wreszcie napisać: „Jestem wściekła”. Albo: „To było dla mnie za dużo”. Albo: „Nie zgadzam się na to, co się wydarzyło”.

Jednak z badań Pennebakera wynika, że nie chodzi tylko o liczbę emocjonalnych słów. Istotne może być również to, czy w trakcie pisania zaczynamy łączyć fakty, zauważać zależności i dostrzegać nowe znaczenia.

Na początku możemy pisać:

„Stało się coś strasznego. Nie rozumiem, dlaczego to mnie spotkało. Wszystko się rozpadło”.

A później, czasami po wielu dniach, tygodniach albo miesiącach, pojawia się inne zdanie:

„Dziś widzę, że już wcześniej czułam się samotna”.

Albo:

„Nie umiałam wtedy odejść, ponieważ bardzo bałam się, że zostanę sama”.

Albo jeszcze inaczej:

„To, co się wydarzyło, nadal jest bolesne, ale dziś lepiej rozumiem, czego potrzebuję”.

Nie chodzi o to, żeby zmuszać się do pozytywnego myślenia. Nie chodzi o tworzenie pięknej historii, w której wszystko wydarzyło się po coś. Chodzi raczej o możliwość zobaczenia własnego doświadczenia z różnych stron.

Najpierw jesteśmy w środku wydarzenia. Później zaczynamy je oglądać. A jeszcze później być może dostrzegamy, jak wpisało się ono w większą historię naszego życia.

Język nie jest tylko opakowaniem myśli

To szczególnie fascynuje mnie jako lingwistkę.

Zwykle myślimy o języku jak o narzędziu, którym przekazujemy to, co już wiemy. Mam myśl, ubieram ją w słowa i przekazuję drugiemu człowiekowi.

Jednak język robi coś więcej. Pomaga nam organizować doświadczenie. Wydobywa pewne elementy, a inne pozostawia w tle. Nadaje wydarzeniom określoną strukturę.

Inaczej brzmi zdanie:

„Zostałam zraniona”.

Inaczej:

„On mnie zranił”.

A jeszcze inaczej:

„Doświadczyłam czegoś, co zmieniło sposób, w jaki patrzę na bliskość”.

Żadne z tych zdań nie musi być lepsze od pozostałych. Każde może być prawdziwe w innym momencie. Każde jednak ustawia nas w trochę innym miejscu wobec tego, co się wydarzyło.

Jedno mówi o zranieniu. Drugie kieruje uwagę na działanie drugiej osoby. Trzecie otwiera przestrzeń na proces i znaczenie.

Dlatego podczas pisania czasami warto zauważyć nie tylko to, co opisujemy, lecz także z jakiego miejsca opowiadamy.

Czy jestem wyłącznie osobą, której coś się przydarzyło? Czy widzę również własne wybory, potrzeby i granice? Czy potrafię dostrzec wpływ drugiego człowieka, a jednocześnie nie oddawać mu całej odpowiedzialności za moje życie?

To nie są pytania, na które trzeba odpowiadać od razu. Czasami samo ich pojawienie się jest już początkiem zmiany.

„Ja”, „my” i „oni”

Pennebaker zajmował się również tym, jak używamy małych słów, które często wydają się nieistotne. Zaimków, przyimków, spójników i innych elementów języka.

W jego książce The Secret Life of Pronouns pojawia się między innymi temat słowa „ja”, a także tego, jak zmienia się nasz język w zależności od sytuacji, relacji i stanu psychicznego.

Nie oznacza to, że można przeczytać czyjś tekst i na tej podstawie postawić diagnozę. Nie można stwierdzić, że osoba używająca często słowa „ja” jest depresyjna albo że ktoś, kto pisze dużo o innych, nie ma kontaktu ze sobą.

Język zależy od tematu, kultury, gatunku tekstu, sytuacji i wielu innych czynników. Szczególnie ostrożnie trzeba podchodzić do porównywania różnych języków.

A jednak interesujące jest samo pytanie: z jakiego miejsca opowiadam swoją historię?

Czy piszę wyłącznie o tym, co zrobili inni? Czy potrafię powiedzieć, co czułam? Czy używam słów, które pokazują moje potrzeby? Czy w mojej opowieści istnieje przestrzeń na relację, czy jestem w niej zupełnie sama?

Nie chodzi o to, żeby pisać „właściwie”. Chodzi o to, żeby zacząć zauważać, jak opowiadamy o własnym życiu.

Każdy język otwiera inny krajobraz

Ten temat jest mi bliski również dlatego, że swoje prace magisterskie i podyplomowe pisałam w różnych językach. Pracowałam z językiem hiszpańskim i angielskim, a dziś uczę się, pracuję i tworzę przede wszystkim po polsku.

Obserwuję, że każdy język otwiera trochę inny krajobraz.

Nie chodzi o proste stwierdzenie, że jeden język jest bardziej emocjonalny, a drugi bardziej logiczny. Nie chodzi też o to, że język całkowicie determinuje nasze myślenie.

Chodzi o doświadczenie kontaktu z rzeczywistością poprzez różne systemy językowe.

W jednym języku zdanie przychodzi mi łatwo. W drugim muszę się zatrzymać. W jednym znajduję słowo, które wydaje się idealne. W innym czuję, że coś zostało utracone w tłumaczeniu.

Czasami emocja, którą potrafię nazwać po polsku, po angielsku brzmi zupełnie inaczej. Hiszpański otwiera mnie na inny rytm wypowiedzi, a zwłaszcza gestykulację i tembr głosu.

To również jest częścią naszego doświadczenia. Nie tylko to, co przeżywamy, lecz także język, w którym możemy to przeżycie opowiedzieć.

Pisanie ekspresyjne a Gestalt

W podejściu Gestalt nie chodzi o to, żeby jak najszybciej wyjaśnić człowieka. Chodzi o spotkanie z tym, co jest.

Z odczuciem w ciele. Z emocją. Z myślą. Z relacją. Z tym, co pojawia się teraz, nawet jeśli jest niejasne, niewygodne albo trudne do zaakceptowania.

Pisanie ekspresyjne może być bardzo ciekawym sposobem na takie spotkanie.

Kiedy siadam do pisania, nie muszę od razu wiedzieć, co czuję. Mogę zacząć od:

  • „Nie wiem, co się ze mną dzieje”.
  • „Jestem wściekła”.
  • „Nie rozumiem, dlaczego wciąż o tym myślę”.
  • „Bardzo za nim tęsknię”.
  • „Chcę, żeby ktoś wreszcie mnie usłyszał”.
  • „Nie wiem, dlaczego o tym piszę”.

I to wystarczy.

Nie zawsze trzeba odnajdywać lekcję, sens i pozytywną stronę wydarzenia. A zwłaszcza nie od razu, na samym początku.

Czasami najważniejsze zdanie brzmi:

„Dziś jestem zmęczona”.

A potem możemy przez chwilę pozostać przy tym zmęczeniu.

Może pod nim pojawi się smutek. Może złość. Może potrzeba odpoczynku. A może nic się nie pojawi. I to również jest informacja.

Nie każda historia chce zostać opublikowana

Żyjemy w kulturze, która bardzo często zachęca nas do dzielenia się wszystkim. Opowiedz swoją historię. Pokaż swoją wrażliwość. Przekuj ból w treść. Zbuduj markę na własnej traumie.

Ale nie każda historia jest gotowa na publiczność.

Niektóre teksty powstają tylko po to, żebyśmy mogli je napisać. A potem o nich zapomnieć. Niektóre nigdy nie powinny zostać opublikowane. Nie dlatego, że są nieważne. Właśnie dlatego, że są ważne.

Możemy pisać dla siebie. Możemy pisać dla terapeuty. Możemy napisać list, którego nigdy nie wyślemy. Możemy stworzyć dziennik, którego nikt poza nami nie zobaczy.

Pisanie nie musi być produktem. Nie musi być elementem marki osobistej. Nie musi być piękne, mądre ani zrozumiałe dla innych.

Czasami wystarczy, że jest takie jakie jest – prawdziwe.

Kiedy pisanie staje się powieścią

Moja powieść Kochanka Wszechświata nie jest prostym zapisem mojego życia. Są w niej elementy wyobraźni, przetworzenia, kreacji i fikcji.

A jednak nie oznacza to, że nie ma w niej prawdy.

Prawda psychologiczna nie zawsze jest tym samym co faktograficzna dokładność. Możemy napisać scenę, która nigdy się nie wydarzyła, a mimo to dotyka czegoś niezwykle prawdziwego w naszym doświadczeniu.

Możemy stworzyć bohaterkę, która nie jest nami, a jednak wypowiada zdania, których same nigdy nie odważyłyśmy się powiedzieć. Możemy wymyślić relację, wydarzenie albo zakończenie, które nigdy nie miało miejsca, a mimo to pozwala nam zobaczyć własne pragnienia, lęki i konflikty.

Być może dlatego w Kochance Wszechświata pojawia się inny sposób opowiadania niż w moim e-booku Jak przeszłam przez rozstanie i się nie zabiłam. Tam mówiłam przede wszystkim „ja”. W powieści mogłam wejść w trzecią osobę, drugą osobę, w fikcję, w bohaterkę i jej świat.

Dziś widzę w tym również ślad mojego własnego procesu. Z czasem coraz mniej potrzebowałam opowiadać wyłącznie o sobie wprost. Coraz bardziej interesowało mnie to, co dzieje się pomiędzy człowiekiem a światem, pomiędzy kobietą a mężczyzną, pomiędzy doświadczeniem a jego integracją i ucieleśnieniem.

Jak zacząć pisać ekspresyjnie?

Nie istnieje jeden idealny sposób. W klasycznych badaniach Pennebakera uczestnicy pisali przez około 15–20 minut dziennie, przez kilka kolejnych dni. Późniejsze badania sprawdzały również inne długości i częstotliwości.

Nie musisz jednak traktować tego jak kolejnego zadania do wykonania perfekcyjnie, pod linijkę i o wyznaczonej porze.

  • Nie musisz pisać codziennie.
  • Możesz zacząć od kilku zdań.
  • Możesz również przerwać.

Jeśli pisanie powoduje silne pogorszenie samopoczucia, nasilenie objawów albo poczucie, że nie potrafisz wrócić do równowagi, warto poszukać wsparcia terapeutycznego. Pisanie może być pomocą, ale nie powinno być samotnym zmaganiem.

Ćwiczenie: spotkanie z tym, co jest

Jeśli chcesz spróbować, weź kartkę albo otwórz dokument. Ustaw sobie 10–15 minut. Nie musisz publikować tekstu i nie musisz go nikomu pokazywać.

Zacznij od jednego zdania:

„To, co dziś najbardziej chce zostać przeze mnie zauważone, to…”

A potem pisz.

Nie poprawiaj. Nie oceniaj. Nie szukaj od razu rozwiązania.

Jeśli pojawi się złość, pozwól jej być. Jeśli pojawi się smutek, napisz o smutku. Jeśli pojawi się pustka, pisz o pustce. Jeśli pojawi się zdanie „Nie wiem, co czuję”, ono również jest doświadczeniem.

Po zakończeniu nie musisz analizować tekstu. Możesz po prostu zauważyć:

  • Co czuję teraz w ciele?
  • Jak oddycham?
  • Czy coś zmieniło się w moim napięciu?
  • Czy pojawiło się jakieś nowe słowo?
  • Czy zobaczyłam coś, czego wcześniej nie widziałam?
  • Czy potrzebuję teraz odpoczynku?
  • Czy potrzebuję kontaktu z drugim człowiekiem?

Jeśli potrzebujesz, zadzwoń do kogoś. Napisz wiadomość. Umów się na rozmowę.

Bo pisanie nie musi kończyć się samotnością. Może być początkiem kontaktu.

A co z analizą języka?

Pennebaker i jego współpracownicy stworzyli narzędzie znane jako LIWC, czyli Linguistic Inquiry and Word Count. Program analizuje tekst pod kątem między innymi słów emocjonalnych, poznawczych, zaimków, czasowników, przyimków, spójników i słów związanych z relacjami społecznymi.

To interesujące narzędzie badawcze, ale nie czyta duszy. Nie zna całej historii autora. Nie wie, co wydarzyło się naprawdę. Analizuje wzorce użycia słów według określonych kategorii.

Interpretacja takich wzorców wymaga ostrożności, szczególnie gdy pracujemy z tekstami wielojęzycznymi.

Język polski różni się od angielskiego. W hiszpańskim zaimki osobowe często są pomijane, ponieważ informację o osobie przekazuje końcówka czasownika. Nie można więc bezrefleksyjnie przenosić wyników badań nad językiem angielskim na język polski czy hiszpański.

Język ma znaczenie. Kontekst ma znaczenie. A człowiek zawsze jest czymś więcej niż statystyką słów.

Pisanie nie zastępuje relacji

To jedna z najważniejszych rzeczy, które chciałabym podkreślić.

Pisanie ekspresyjne może być bardzo wartościowym sposobem na spotkanie z samą sobą. Może pomóc nazwać doświadczenie, zauważyć emocje i dostrzec znaczenia, które wcześniej pozostawały niewidoczne.

Jednak człowiek nie integruje całej swojej wiedzy wyłącznie w samotności.

Możemy przeczytać setki książek psychologicznych. Możemy studiować, poznawać teorie, pisać dzienniki i rozumieć mechanizmy obronne, style przywiązania czy regulację emocji.

Ale dopiero w relacji z drugim człowiekiem możemy zobaczyć, jak ta wiedza naprawdę żyje.

Co dzieje się, kiedy ktoś nas nie rozumie? Jak reagujemy, kiedy ktoś stawia granicę? Co czujemy, kiedy ktoś się oddala? Jak prosimy o pomoc? Jak przyjmujemy bliskość? Jak unikamy kontaktu?

Pisanie może przygotować nas do takiego spotkania. Możemy zapisać coś przed sesją terapeutyczną. Możemy wrócić do tego, co wydarzyło się po rozmowie. Możemy przynieść tekst do gabinetu albo zachować go wyłącznie dla siebie.

Najważniejszy nie jest jednak tekst.

Najważniejsze jest doświadczenie człowieka.

Na koniec

Myślę, że pisanie ekspresyjne pokazuje, jak bardzo człowiek nie jest oddzielony od swojego języka.

Nie jesteśmy wyłącznie tym, co nam się przydarzyło. Nie jesteśmy wyłącznie emocją. Nie jesteśmy wyłącznie ciałem.

Jesteśmy również sposobem, w jaki nasza historia staje się dla nas dostępna. Sposobem, w jaki ją opowiadamy. Sposobem, w jaki ją pamiętamy. Sposobem, w jaki nadajemy jej znaczenie.

A czasami sposobem, w jaki zaczynamy pisać.

Może właśnie dlatego pisanie było moją pierwszą terapią.

Zanim potrafiłam nazwać to, co się ze mną działo, potrafiłam zapisać kilka zdań. Zanim rozumiałam wszystkie mechanizmy psychologiczne, potrafiłam stworzyć bohaterkę. Zanim poznałam pojęcie fenomenologii, doświadczałam jej na własnej skórze, próbując uchwycić to, co pojawiało się we mnie. I jednym z powtarzających się zdań na początku tej przygody było: nie wiem, jak wyrazić to słowami”

Dziś wiem, że pisanie nie wystarcza do zrozumienia siebie.

Ale może być początkiem.

Początkiem kontaktu. Początkiem akceptacji. Początkiem relacji z samą sobą.

A czasami początkiem książki, której nigdy nie planowałyśmy napisać.


Jeśli chcesz poznać moje spojrzenie na rozstanie, emocje i drogę powrotu do siebie, zapraszam Cię do mojego e-booka Jak przeszłam przez rozstanie i się nie zabiłam.

To książka o tym, co dzieje się z nami, kiedy kończy się relacja, i o tym, jak krok po kroku odnajdywać siebie na nowo.

Nie musisz przechodzić przez to sama.

Przejdź do e-booka „Jak przeszłam przez rozstanie i się nie zabiłam”

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *